
Dr Gregory House
Autor: ToAr | Kategoria: Postacie | data: 11 grudnia 2011 | Odsłon: 4442
Być może przywołany przeze mnie temat będzie czymś w rodzaju odgrzewanego kotleta, ale sądzę, że dobrze do niego wrócić teraz, gdy serial okres szczytowej popularności ma już za sobą. Chciałabym zastanowić się nad kwestią tego, czy bycie Gregiem Housem to przekleństwo, czy błogosławieństwo.
Pewnie większość z Was pamięta, że jeszcze trzy/cztery lata temu, a nawet później na wszelkich forach tematycznych poświęconych serialowi nie raz wracał wątek tego, jaki jest główny bohater i przypuszczam, że każdy przynajmniej raz trafił na wpis jakiegoś internauty twierdzącego, że jego charakter jest dokładnie taki jak Grega i że w ogóle, to są prawie jak syjamscy bracia (o przepraszam, jak „zrośnięci” bracia, jak to ostatnio powiedział pacjent House’a z kliniki). Powiem szczerze, że zawsze bardzo bawiły mnie takie wpisy, zwłaszcza gdy ich autorem był np. 16-latek. Oczywiście nie dyskryminuję czyichś opinii ze względu na młody wiek. Chodzi mi raczej o to, że trudno mieć doświadczenie i postawę życiową 50-latka, gdy się nim jeszcze nigdy nie było. Chyba zgodzicie się, że był taki czas, kiedy sporo internautów przechwalało się, że „są jak doktor House”. Oczywiście na ogół te przechwałki sprowadzały się do tego, że dany kandydat na „internetowego House’a” był tak samo chamski jak on. Bo dla wielu kwintesencją postawy House’a jest jego „chamstwo”. Pominę już kwestię niefortunnego doboru słów, bo przecież można znaleźć bardziej precyzyjne określenie na nazwanie zachowań House’a. Nie to jest jednak najważniejsze. Ważniejsze jest to, że ludzie (oczywiście nie wszyscy, pewna grupa zapatrzonych w "chamstwo by House") zaczęli utożsamiać postawę cynika, ironisty, może nihilisty z chamstwem. Tak jakby miedzy tymi postawami był znak równości. Co gorsza owo chamstwo zaczęło być waloryzowane i wynoszone do rangi najwyższej formy wyrafinowania.
Sama o sobie nie powiem, że jestem jak doktor House. Nie wiem, dobrze to czy źle, tak po prostu jest. Ale znam kilka osób, które mogłyby walczyć o tytuł „polskiego House’a” i nie są to internauci leczący kompleksy za pomocą autosugestii, że oto jestem przedstawicielem kultury cynizmu, tylko raczej ludzie inteligentni, profesjonaliści znający się na swojej robocie itd. Nie znaczy to, że ich lubię. Tzn. wiem z doświadczenia, że trudno prowadzić z nimi rozmowę, albo nie zgadzać się, albo wysłuchiwać nawet konstruktywnej krytyki, bo czasem po prostu chciałoby się usłyszeć coś mniej konstruktywnego, a bardziej miłego. Najzwyczajniej w świecie ludzie lubią słuchać o sobie dobre rzeczy i nie jestem w tym odosobniona. Niemniej jednak biorąc pod uwagę swoje doświadczenia stwierdzam, że ani House’m być nigdy nie chciałam, ani też niekoniecznie widziałabym go w gronie swoich znajomych. Dlatego też zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak to się stało, że ten serial tak bardzo lubiłam i nadal (mimo wszystko) lubię. I House’a jako bohatera oczywiście też. Zazwyczaj mu kibicuję i mam nadzieję, że spadnie na cztery łapy. Ale czy chciałabym mieć w swoim otoczeniu człowieka, który sabotuje moją pracę i może rozpowiadać na mój temat, często nieprawdziwe informacje? Raczej nie. Skąd więc fascynacja tym bohaterem? Czy to bezpieczna odległość szklanego ekranu sprawia, że tak chętnie się z nim identyfikujemy, a w gruncie rzeczy nie mamy pojęcia, kim on tak naprawdę jest?
Zastanawiam się nad fenomenem tej postaci i oczywiście innych, o równie antybohaterskim rysie. Dlaczego nasza empatia wobec serialowych bohaterów na ogół przebiega tak jednotorowo. Przez lata oglądania House’a zazwyczaj życzyłam mu jak najlepiej i rzadko się zdarzało, żebym racje innych bohaterów stawiała wyżej. A przecież Greg House nie jest pluszakiem, który potrzebuje wsparcia i pomocy w walce z tym brutalnym światem, bo on sam ten świat takim czyni.
Czyżby chodziło o genialnie przygotowany scenariusz, którego twórca tak świetnie zna zakamarki ludzkiej psychiki, że doskonale nami manipuluje poprzez stworzenie bohatera, który pozornie nie wzbudza sympatii, ale jednak czymś urzeka i chcemy walczyć z nim po jednej stronie barykady? A może chodzi o to, że po prostu od zarania sztuki filmowej widz musi się identyfikować z głównym bohaterem i basta? Nie wiem, czy znam odpowiedzi na te pytania. Może Wam przychodzą do głowy jakieś pomysły?
Napiszcie też, Wasze wspomnienia ze „złotej ery” doktora House’a. Czy też ciągle czytaliście o tym, jak to ktoś wyznawał, że jest drugim doktorem House’m? Gdyby tak rzeczywiście było, to na tym świecie nie ostałby się żaden optymista, o altruistach nie wspominając.
roslynt / popcorner.pl/blogi/theresnobusinesslikeshowbusiness
Moim zdaniem, choć nie wiem czy temat jest nadal aktualny, to kwestia przywiązania i poznania naszego bohatera.
Jest coś magnetycznego w obserwowaniu człowieka z pozoru "chamskiego", który przejawia odruchy człowieczeństwa. Który w swym racjonaliźmie potrafi zachować się w sposób ludzki. To sprzyja w gruncie rzeczy wierze w ludzkość. Bo jeśli tak racjonalny i typ mizantropa, potrafi mieć humanitarny i emocjonalny gest, to ten świat nie jest takie kiepski jakby się nam wydawało...
Każdy z nas przebywając z postaciami od wielu miesięcy zna je już dośc dobrze. Przywiązuje się i zaczyna wręcz rozumieć.
Trafne byłoby zapytać kogoś co sądzi o dr Gregorym po obejrzeniu jednego odcinka. Wówczas odpowiedź na zadane pytanie będzie trochę bardziej jasna...
Świetny tekst. Choć osobiście przyznam, że nie spotkałem się z takimi typami.